Bez właściwej metodyki nie rozwiążemy problemów sektora

2019-06-15

Fot.: Patrick Bellot (Unsplash)

O zdrowiu dyskutujemy od lat, a w ostatnim roku szczególnie intensywnie. O ile coraz lepiej opisujemy problem, jego skalę i istotę rozumie więcej osób, to wcale nie znaczy to, że jesteśmy bliżej jego rozwiązania.

Brak dostatecznych środków, kadr, profilaktyki zdrowotnej, koordynacji leczenia, integracji opieki medycznej i społecznej, fundamentu medycyny rodzinnej, rachunku kosztów pośrednich, do tego nierówności terytorialne, konkurencja podmiotów właścicielskich, lokalny partykularyzm – można wymieniać do utraty tchu. Działalność ministrów zdrowia od lat cechuje reagowanie na te problemy. Szkopuł w tym, że jest to mało skuteczne. Owszem, dzięki punktowym interwencjom osiągamy poprawę w danym obszarze organizacyjnym, czy terapeutycznym, ale problem powraca lub manifestuje się w innej postaci w innym miejscu, rodząc potrzebę kolejnej interwencji.

O tym jak trudno znaleźć rozwiązanie, które da się zoperacjonalizować, czyli przełożyć na wykonalne i skuteczne ciągi działań, wie każdy, kto choć raz w życiu przyjął na siebie odpowiedzialność za transformację złożonego organizmu społeczno-gospodarczego. To nie działa tak, że jeśli przykładowo identyfikujemy, jako źródło problemu brak środków, to należy je zwiększyć z nadzieją, że zwiększy to dostępność świadczeń. Trafimy na inne bariery – brak kadr, brak gotowości lub możliwości przyjęcia większej liczby zadań, czy przynależną naszemu gatunkowi wrodzoną chęć do indywidualnej optymalizacji efektu w relacji do nakładu pracy. Nawet dołożenie do tego zdawałoby się zgodnych ze zdrowym rozsądkiem mechanizmów promujących zmianę, jak np. zróżnicowanie wyceny świadczeń zależnie od wykonywanego wolumenu, wcale nie zachęca do tego, by mali łączyli siły i mówiąc wprost zarabiali więcej. Nic z tego. Dają o sobie znać inne bariery, inne alternatywne cele, korzyści, interesy.

Od lat słyszę wypowiedzi o potrzebie głębokiej ewolucyjnej przebudowy systemu zaplanowanej na wiele lat. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że autorzy tych wypowiedzi, których dorobek zawodowy niejednokrotnie szanuję, tak naprawdę nie przekroczyli rubikonu poznania rozwiązań, jakich potrzebuje system ochrony zdrowia w Polsce. My nie mamy czasu na lata transformacji. Transformacja, siłą swojej definicji, wymaga określenia zdecydowanych wektorów zmiany, a zmiana musi być znacząca, by ruszyć system w swoich podstawach.

Zadajmy pytanie, czy tak ceniona transformacja systemu holenderskiego, czy duńskiego była ewolucyjna? Czy podobnie ewolucyjne było wprowadzenie ubezpieczeń dodatkowych w systemie australijskim?

We wszystkich tych wypadkach to była istna rewolucja, u której podstaw stała zmiana modelu finansowania, zmiana podziału terytorialnego kraju, czy wąskie okno czasowe i zerojedynkowy wybór postawiony przed społeczeństwem. Nawet jeśli w naszym wypadku miałaby to być ewolucja, to my w tej nieustającej ewolucji dokonaliśmy na przestrzeni lat wielokrotnych rewolucji i kontrrewolucji. Biorąc za przykład tylko ostatnie lata, odpowiedzmy sobie sami, czy ewolucją było wprowadzenie sieci szpitali, a w systemie zabezpieczenia społecznego programu 500+? W mojej ocenie potrzebujemy dobrze przemyślanych i przygotowanych zdecydowanych ruchów zmieniających status quo całych fragmentów systemu ochrony zdrowia. Ewolucja, to niewłaściwe słowo na ciężkie czasy.

Skoro tak, to należy zastanowić się, jak te ruchy określić, czy właściwie zidentyfikowaliśmy problemy systemu oraz czy proponowane przez nas rozwiązania są satysfakcjonujące. Mówiąc o pierwotnych źródłach problemów brak mi w dyskursie publicznym w pierwszej kolejności fundamentów analizy przyczyn źródłowych. Proszę o ewentualną korektę, ale analiza przyczyn źródłowych (ang. Root Cause Analysis) pojawiła się na poziomie systemu ochrony zdrowia bodajże tylko raz. Działo się to na etapie przygotowania założeń do ustawy o jakości i bezpieczeństwie pacjenta piórem ministra Piotra Warczyńskiego. Spójrzmy, jak taka analiza mogłaby wyglądać w szerszym aspekcie reformy całego systemu ochrony zdrowia.

Biorąc jako przykład problem finansowania, zadajmy za Uniwersytetem Harvarda po pięciokroć pytanie – dlaczego ten problem ma znaczenie? Bo chcemy mieć dostęp do opieki – dlaczego? Bo chcemy żyć w zdrowiu – dlaczego? Bo potrzebujemy tego my sami i gospodarka – dlaczego? Bo rosną nasze oczekiwania tak wobec jednostek jak i państwa – dlaczego? Może dlatego, że na konkurencyjnym międzynarodowym rynku nie możemy dalej przegrywać? To tylko szkic piórkiem większego ćwiczenia – rząd jako całość powinien je sam przerobić z każdym zidentyfikowanym problemem. Tak budujemy świadomość zagadnienia i tworzymy warunki do odpowiedzi na kolejne pytania. Dla kogo ten problem ma znaczenie? Kto powinien się bardziej postarać? Jak zwrócić uwagę tych osób i środowisk na zidentyfikowany problem? I jak wreszcie według naszych przewidywań będzie wyglądała sytuacja, gdy dany problem zostanie rozwiązany?

Rozumiejąc problem, a nie sądzę, abyśmy ten etap mieli za sobą, możemy dopiero szukać jego źródeł po pięciokroć pytając tym razem dlaczego tak się  dzieje. Brak środków – dlaczego ich brakuje? Niewystarczające wpływy z ubezpieczenia zdrowotnego – dlaczego mają miejsce? Wysokie koszty pracy, niskie pensje i nierównomierne obciążenia – dlaczego? Niska konkurencyjność i efektywność produkcji – dlaczego niska? Może dlatego, że przez lata brakowało nam wizji państwa silnego siłą swojej własnej gospodarki i chyba nadal praktycznego aspektu tej wizji nie poznaliśmy?

Gdy już wiemy, co jest problemem, jakie są jego źródła, gdy nakreśliliśmy dziesiątki wykresów Ishikawy, albo innego zasłużonego autora, możemy przystąpić do najważniejszej części ćwiczenia – określenia tego, jakie zmiany mogą jednocześnie uzyskać silne wsparcie polityczne, mieć akceptację społeczną i znaczący potencjał przeciwdziałania zidentyfikowanym wyzwaniom. Stąd rodzą się dopiero strategie dziedzinowe i polityka publiczna, która na koniec powinna zawierać się w zintegrowanych strategiach horyzontalnych państwa.

No właśnie, o czym ja piszę?! O elementarzu zarządzania polityką rozwoju w ochronie zdrowia, jak każdym innym aspekcie życia publicznego i gospodarczego, który szanujący się rząd, w każdym swoim przekroju, perspektywie i fragmencie powinien mieć w jednym palcu, czy o wydumanym akademickim dyskursie, który w naszych narodowych, jakże specyficznych przecież uwarunkowaniach, można tylko odłożyć na półkę?

Robert Mołdach, IZiD

Artykuł ukazał się w nr 2019/24 IZiD Market Brief

Szerszy kontekst poznasz w ramach sesji MarketZoom. Aby umówić termin wybierz ten link.

 

This is an open access publication, available online and distributed under the terms of a Creative Commons Attribution –Non Commercial –No Derivatives 4.0 International license (CC BY-NC-ND 4.0), a copy of which is available at http://creativecommons.org/licenses/by-nc-nd/4.0/

Attribution — You must give appropriate credit, provide a link to the license, and indicate if changes were made. You may do so in any reasonable manner, but not in any way that suggests the licensor endorses you or your use.

NonCommercial — You may not use the material for commercial purposes.

NoDerivatives — If you remix, transform, or build upon the material, you may not distribute the modified material.

 

 

 

 

 

« Powrót

 

Institute of Health and Democracy

Copyright © Instytut Zdrowia i Demokracji 2014-2019

Proszę czekać...