Powiedzmy pacjentom, kto leczy dobrze, a kto źle

2018-05-22

fot. Hospital de la Santa Creu i Sant Pau, Barcelona (archiwum własne)

Pacjent powinien mieć prawo wyboru, gdzie się leczyć. Dokonanie tego wyboru powinno być oparte na obiektywnych dowodach medycznych, którymi w tym wypadku są mierniki jakości skorygowane statystycznie o ryzyko kliniczne. Tak być powinno, ale nie jest.

Postulat podania do publicznej wiadomości rankingów skuteczności leczenia jest od lat torpedowany przez kolejnych ministrów zdrowia przy czynnym wsparciu środowiska. Wysuwa się kontrargumenty o braku obiektywnych danych i braku zdolności osób niebędących profesjonalistami medycznymi do ich zrozumienia. To, co jednak pojawia się na pierwszym miejscu, to strach – strach w oczach polityków, kierownictw podmiotów tworzących szpitale, nobilitowanych przedstawicieli zawodów medycznych, jakie skutki społeczne, polityczne i osobiste takie ujawnienie by niosło. Trudno nie domyślić się, że z dokładnością do ograniczeń spowodowanych mobilnością, opieką rodziny, czy zaufaniem do lekarza prowadzącego, pacjenci wybieraliby ośrodki o wyższej skuteczności leczenia. To samo w sobie nie stanowiłoby dla elit wyzwania – mogłoby nawet stworzyć pole do wykazania się inicjatywą, poprawić ich notowania, a szpitale gorzej wypadające w rankingu mobilizować do poprawy jakości. Problem leży jednak gdzie indziej.

Upodmiotowienie pacjenta, jego oświecenie, danie mu prawa wyboru, stoi w sprzeczności z filozofią silnego i nieomylnego państwa, które wywiązuje się ze swoich zadań, potrafi zapewnić bezpieczeństwo, w tym bezpieczeństwo zdrowotne, zdejmować zbędne ciężary ze swoich obywateli, troszczyć się o ich dobrostan, pilnować równości praw, a w szczególności nie dopuszczać do nierówności w zdrowiu. Prócz mitu państwa opiekuńczego upadłoby kilka innych, w tym mit własnej nieomylności i doskonałości, co przy powszechnym obrzęku ego boli najbardziej. W tej sytuacji nie powinno dziwić, że w rachunku zysków i strat wygrywa zasłanianie się nieporównywalnością danych i nadużywanie argumentu asymetrii wiedzy. Tymczasem cały cywilizowany świat wie czym są mierniki jakości, korektory ryzyka klinicznego, aparat statystyczny, który pozwala porównywać efekty leczenia. Ba! Nawet w rodzimych Mapach Potrzeb Zdrowotnych są przemyślane propozycje korektorów klinicznych statystyki medycznej, dostosowane do polskich warunków. I co? I nic.

Oczywiście należy podchodzić do tematu z ostrożnością, wdrażać krok po kroku zaczynając od sprawdzonych rejestrów, jak np. w kardiologii inwazyjnej, ale przede wszystkim należy działać, szukać rozwiązań, rozmawiać i uświadamiać pacjentów o skali nierówności w zdrowiu, jakie niesie leczenie się w tak zróżnicowanych ośrodkach. Nie wiem, który to już projekt ustawy o jakości przekłada się po ministerialnych biurkach. Wiem jednak, że póki mówią o tym wyłącznie jednostki, to albo wkrótce potem przestają być ministrami zdrowia, jak np. Marek Haber, czy Piotr Warczyński, albo, jak w przypadku prof. Pawła Buszmana, demagogicznie zarzuca się im dbałość o własny interes, a nie dobro pacjentów. Sam także słyszałem te zarzuty, gdy w roli prezesa Carolina Medical Center z górą dekadę temu postulowałem ujawnienie efektów leczenia w protezoplastyce, czy rekonstrukcji WKP. Skończyło się na zaproszeniu mnie do Zespołu Problemowego Rady NFZ do spraw świadczeń opieki zdrowotnej. Powstał z tego, jak się wydaje, nawet wartościowy raport – rzecz jasna na półkę.

Czy tak ma być już zawsze? Pewną nadzieję na zmianę trendu budzi projekt nowelizacji zarządzenia prezesa NFZ z 16.05.2018 r. w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju leczenie szpitalne. Premiowanie ośrodków, które wykonały odpowiednią liczbę zabiegów, jak np. w zakresie chirurgii onkologicznej, czy tworzenie ram finansowych zachęcających do zbierania danych o efektach leczenia, to jednak dopiero początek.

Potrzebna jest wsparta na fundamentach prawa mobilizacja całego środowiska medycznego na rzecz jakości opieki, zmiany kultury organizacyjnej sektora, zasady zero tolerancji dla łamania dobrej praktyki klinicznej oraz powszechnego monitorowania i jawności efektów klinicznych leczenia.

 

Zapraszam do współpracy każdego profesjonalistę, który w kwestii jawności wyników leczenia przedłoży interes pacjenta nad interesem pozostałych. Zaproszenie dotyczy także, jeśli nie przede wszystkim, Ministra Zdrowia.

Robert Mołdach, IZiD

 

Artykuł ukazał się w nr 2018/21 IZiD Market Brief.

Przeczytaj także: Niegwarantowane nie znaczy zabronione

« Powrót

 

Institute of Health and Democracy

Copyright © Instytut Zdrowia i Demokracji 2014-2019

Proszę czekać...